Home / Sociedad / Zmartwychwstanie w purpurze: czyli dlaczego nawet nekrolog w Rotrii ma termin ważności

Zmartwychwstanie w purpurze: czyli dlaczego nawet nekrolog w Rotrii ma termin ważności

W Państwie Kościelnym v-śmierć zazwyczaj była traktowana z należytą powagą – uroczyste egzekwie, łzawe nekrologi i wieczny spoczynek w panteonie zasłużonych. Jak się jednak okazuje, w Rotrii„wieczność” trwa około sześciu lat, a termin „zmarły” jest pojęciem wysoce relatywnym. W Rotrii znów zawrzało, a wszystko za sprawą cudownych powrotów, które jednych wprawiają w zachwyt, a drugich w stan ciężkiej irytacji.

Cud nad aktami zgonu i „zombie-kardynałowie”

Eminencja Mikołaj Dreder, znany z ciętego języka i braku litości dla biurokratycznych absurdów, uderzył w stół z siłą godną inkwizytora. Jego oficjalny wniosek o uznanie cudu zmartwychwstania Alberta Orańskiego to majstersztyk rotryjskiej ironii. Dreder, z chirurgiczną precyzją, przypomina: był pogrzeb, był Klemens IV, był płacz i była mogiła. Rok 2019 wydawał się ostatecznym końcem.

A jednak! Albert Orański, niczym postać z kiepskiego horroru, otrzepał purpurę z grobowego pyłu i jak gdyby nigdy nic zasiadł do stołu, twierdząc, że „pochowano kogoś innego”. Wygląda na to, że w mikroświecie najtrudniejszą rzeczą nie jest wcale zbawienie duszy, ale… skuteczne zbudowanie nowej tożsamości. Gdy życie pod nowym nazwiskiem okazuje się zbyt jałowe, stara gwardia woli wyważyć wieko trumny i wrócić tam, gdzie znają ich wszyscy. Nawet jeśli oznacza to bycie „zombie-kardynałem” w państwie, które powoli zmienia się w nekropolię.

Jedność Kościoła? Tylko przy ostrzeniu noży

To fascynujące zjawisko: na ambonach i w oficjalnych bullach usta purpuratów pełne są frazesów o jedności Kościoła, unii Kościołów bądź wcielania ich w swoje struktury. Jednak wystarczy przejść do kuluarów, by zobaczyć, jak ta „jedność” wygląda w praktyce. Wystarczy rzucić jeden temat, a czcigodni ojcowie skaczą sobie do gardeł z gracją głodnych wilków.

„Nie kompromituj się, Dreder” – rzuca Orański.
„Czy Państwo Kościelne zmienia się w Państwo Zombie?” – odgryza się Dreder.

Nic tak nie cieszy oka postronnego obserwatora, jak ten festiwal ciętego języka. W Rotrii drama jest paliwem lotniczym. Podczas gdy jedni marzą o „Synodzie Trupim”, inni otwarcie przyznają, że jedność to tylko ładna przykrywka dla walki o to, kto ma większy wpływ na Patriarchę. Nic tak nie jednoczy rotryjskiego kleru, jak wspólna nienawiść do konkurenta przy zachowaniu pozorów.

Kompromitacja: Punkt widzenia zależy od siedzenia

W tej całej hucpie kluczowe pozostaje pytanie: co właściwie uznajemy dziś za kompromitację?

  • Dla jednych jest nią fakt, że zmarły wraca do służby państwowej bez „logicznego wytłumaczenia”.
  • Dla innych, jak dla Alberto Tommaso di Manciniego, kompromitacją jest obecny stan państwa: nudna „klerofaszystowska symulakra”.

Mancini mówi wprost o tym, co wielu myśli, ale boi się wypowiedzieć: Rotria straciła smak i takt. Zamiast wielkiej mistyki mamy „walkę na gołe klaty” starych wyjadaczy i tandetne obrazy od którego – cytując klasyka – chce się wydłubać oczy.

Historia zatacza koło (i znów śmierdzi naftaliną)

Historia rotryjska to nie linia prosta, to błędne koło. Ci sami ludzie, te same argumenty, te same zmartwychwstania. Mikroświatowy recykling kwitnie. Nie ma nic lepszego niż kolejna drama w rotryjskim wydaniu, bo przypomina nam ona, że w tym cyrku jedyną stałą jest zmiana tożsamości – lub jej rozpaczliwa próba odzyskania.

Czy doczekamy się uznania cudu? A może po prostu przyznamy, że w Rotrii śmierć to tylko „urlop od forum”? El Reino radzi: nie wyrzucajcie starych biretów. Nawet jeśli właściciel spoczywa w krypcie, istnieje 90% szans, że za tydzień poprosi o przywrócenie uprawnień do panelu administratora.

Tagi: