Home / Sociedad / Po co nam to wszystko?

Po co nam to wszystko?

Druga w nocy. Siedzisz przed monitorem, poprawiasz po raz piętnasty czcionkę w dekrecie, a w tle na Discordzie leci kolejna gównoburza o to, czy Wasze wirtualne imperium powinno być monarchią parlamentarną, czy jednak oświeconym absolutyzmem.

W kuchni stygnie herbata, jutro rano trzeba wstać do roboty albo na zajęcia, a Ty właśnie wysyłasz notę dyplomatyczną do państwa, którego cała populacja mieści się na jednej kanapie w bloku pod Poznaniem.

​I wtedy powstaje pytanie: Po co nam to wszystko?​Jeśli spojrzeć na to z boku, z perspektywy kogoś normalnego, wyglądamy jak paczka wariatów.

Budujemy systemy prawne, których nie powstydziłby się Trybunał w Hadze, toczymy wojny na posty i mapki w Paincie, a nasze gospodarki opierają się na klikaniu w tabelki. Polskie mikronacje mają tę swoją specyficzną fantazję – u nas musi być albo gęsty, barokowy klimat, albo tak skomplikowana konstytucja, że bez doktoratu z prawa nie podchodź.

Poligon doświadczalny

Na zachodzie, jak wiemy, jest zazwyczaj nieco inaczej. Taki Baugh z Molossii ubiera się w mundur z tyloma medalami, że ledwo stoi pod ich ciężarem i ogłasza wojnę z nieistniejącymi Niemcami Wschodnimi. Sealandia od dekad trwa na zardzewiałym szafocie na środku morza i udaje potęgę, bo tak jest po prostu zabawniej.

W polskim mikroświecie wolimy narrację, polityczne intrygi i to specyficzne poczucie, że budujemy coś z niczego.​Ale czy to tylko zabawa w państwo?

Prawda jest taka, że mikroświat to najlepszy poligon doświadczalny, jaki można sobie wymarzyć. Gdzie indziej siedemnastolatek może zostać ministrem i na własnej skórze przekonać się, że ludzie mogą być jak przysłowiowe gnoje i politycznie wbić nóż w plecy ? Gdzie indziej nauczysz się mediacji, próbując pogodzić dwóch skłóconych książąt, którzy nie odzywają się do siebie, bo jeden drugiemu ukradł pomysł nowelizacji czy nazwał go chamem ?

Kiedy mikroświat traci potencjał

Robimy to wszystko, bo realny świat stał się… płaski. W mikronacjach odzyskujemy sprawczość. Tutaj Twój głos ma wagę, Twoja kreatywność materializuje się w postaci herbu, hymnu czy nowej ustawy. To budowanie lepszej, bardziej skondensowanej wersji rzeczywistości na własnych zasadach.

​Ale tu pojawia się zgrzyt. Bo czy nasz mikroświat, który miał być odtrutką na tę nudną realiozę (owszem wszyscy czasem na jakiś czas znikamy, real to priorytet), sam nie zaczął ostatnio niebezpiecznie tracić potencjału i kreatywności?

​Zaczynamy obracać się w próżni. Kiedyś mikroświat tętnił życiem, bo co chwilę wpadał tu jakiś zapaleniec z nową wizją, którą musieliśmy albo zwalczać, albo podziwiać. Dziś mamy ten sam zestaw tych samych twarzy, które co trzy miesiące zamieniają się tylko stołkami. Raz jesteś premierem u nas, raz ambasadorem u sąsiadów, a w wolnych chwilach sędzią we własnej sprawie. Brakuje świeżej krwi, a bez niej nasze systemy prawne stają się skansenami.

Nikt też, wliczam w to siebie, nie potrafi znaleźć skutecznego sposobu na przyciągnięcie nowego pokolenia mikronautów.

A gdy ktoś próbuje coś robić to często spotyka sie z ogromem krytyki.

Pułapka bezpiecznej stagnacji

Dopadła nas najgorsza mikronacyjna choroba, i nie jest to realioza ale rytualizacja. Często piszemy ustawy nie dlatego, że są potrzebne, ale dlatego, że państwo musi przecież wydawać ustawy. Kłócimy się o definicję obywatelstwa w kraju, w którym nowa osoba nie pojawiła się od pół roku.

Ta płaskość wynika z braku tarcia – nikt nam nie rzuca wyzwań, nikt nie przychodzi z głupim pomysłem, który mógłby rozwalić naszą bezpieczną rutynę.

​Zamykamy się w bańkach na zamkniętych kanałach, dopieszczamy swoje małe v-ogródki i dziwimy się, że świat zewnętrzny nas nie widzi. A prawda jest taka, że bez napływu ludzi z zewnątrz stajemy się po prostu grupą rekonstrukcyjną samych siebie i przedłużeniem umierającej cywilizacji. Jeśli nie znajdziemy sposobu, by wyjść poza ten hermetyczny krąg starych wyjadaczy, nasze wielkie sny o potędze skończą jako zakurzone archiwum linków, których nikt nie klika.​

Więc po co nam to wszystko? Może po to, żeby w końcu przestać tylko trwać i zacząć znowu tworzyć coś, co nie jest tylko kopią kopii sprzed dziesięciu lat. Bo dopóki mamy ochotę kłócić się o ten nieszczęsny przecinek w konstytucji, dopóty żyje w nas coś, czego algorytmy i nudna codzienność nie są w stanie zabić: czysta, bezinteresowna chęć tworzenia i przyjaźni.

I to jest w tym wszystkim najbardziej prawdziwe. I nie zapominajcie o frajdzie, którą to wszystko miało być.

Tagi: